Zdrowie

Wygrałam życie. Już po raku piersi

rak piersi

Kilka lat temu dla menopauza.pl napisałam wiele artykułów o profilaktyce raka piersi i raka szyjki macicy, zachęcając Czytelniczki do troski o własne zdrowie. Mój pierwszy artykuł dla „Gazety Wyborczej” opublikowany w 2011 roku nosił tytuł „Jak uniknąć raka piersi”. 12 grudnia 2018 r. w wieku 31 lat zdiagnozowano u mnie nowotwór złośliwy piersi prawej. Życie ze mnie zakpiło…Życie zmusiło mnie do walki za wszelką cenę. Raka nie uniknęłam, ale swoją walkę wygrałam. Moja siostra nazywa mnie Bohaterką.

Dziewczyna z rakiem

Przeklinałam, płakałam, trzęsłam się, oblana potem błagałam lekarkę, żeby „sprawdziła jeszcze raz”, krzyczałam, „że TEGO nie chcę”. Z gabinetu wyprowadziła mnie psycholog. Nie pamiętam jak dotarłam do domu. Moje życie zmieniło się na zawsze. Rak zmienia wszystko.

Nie mogłam znieść zapachu swojego potu – śmierdziałam strachem. Zmienił mi się głos, a ręce trzęsły, nie czułam głodu. Miałam tydzień, żeby zaakceptować sytuację. 19 grudnia było zaplanowane konsylium lekarskie. Chciałam być przygotowana, chciałam rozumieć swoje wyniki, przygotować się na leczenie. Przeczytałam poradniki, które dostałam od psychologa – „Świadome życie w chorobie” oraz „Co warto wiedzieć. Rak piersi”. Ja chciałam wiedzieć o swoim wrogu WSZYSTKO. Im więcej wiedziałam, tym mniej się bałam. Interpretując wyniki wiedziałam, że mam raka hormonozależnego, który ma najlepsze rokowania. Przez sekundę nie pomyślałam, że mogę mieć zajęte węzły chłonne lub przerzuty. Dotykałam guza, którego sama sobie znalazłam o średnicy 11 milimetrów i nie mogłam uwierzyć, że TO dzieje się naprawdę. Każdego ranka dopóki nie poszłam do szpitala – 2 stycznia 2019 r. – łudziłam się, że to może sen. Nie zastanawiałam się – dlaczego, nie winiłam nikogo, nie użalałam się nad sobą, nie cierpiałam litościwych spojrzeń. W Polsce 16 500 kobiet rocznie dowiaduje się, że ma raka piersi. W Specjalistycznym Ośrodku Leczenia Raka Piersi w Opolskim Centrum Onkologii, gdzie zdecydowałam się na leczenie, zmaga się z tą chorobą 400 kobiet każdego roku. Byłam tylko liczbą, jedną z nich, statystyką. Bez obciążenia genetycznego, nie wpisującą się w żaden czynnik ryzyka zachorowania.

Nie wierzę, że cierpienie uszlachetnia, a powtarzane bez sekundy zastanowienia „co Cię nie zabije, to Cię wzmocni” doprowadzało mnie do szału. Nie widziałam żadnego sensu w chorobie i nie chciałam przez TO przechodzić. Wiedziałam, że wyzdrowieję, że zniosę i zrobię wszystko, żeby osiągnąć swój cel. Ani przez sekundę nie zwątpiłam w swoją siłę. Mój rak – inwazyjny przewodowy, który „jest najczęstszą postacią raka zagrażającego przerzutami u kobiet i stanowi 65-80% wszystkich przypadków raka piersi” (http://onkologia.org.pl/rak-piersi-kobiet/), okazał się dla mnie dobry.

Jak boli rak?

Najbardziej bolały mnie łzy, rozpacz, strach w oczach mojej mamy, taty i siostry. Myślę, że najbliżsi bali się bardziej niż ja. Rak siedzi w głowie, targa emocjami, doprowadza do skrajnych uczuć – najbardziej boli strach.  Rak okropnie bolał mnie półpaścem, na którego zachorowałam po wyjściu ze szpitala. Prawą stronę miałam obolałą po operacji, a na lewej łopatce pojawił się półpasiec, na którego nie byłam przygotowana. Spodziewałam się wiele, ale na pewno nie dodatkowego bólu. Nie mogłam leżeć. Trudno było mi znaleźć pozycję do spania. Zabawne, jak czasem w życiu zmieniają się priorytety.

Rak cholernie bolał poparzoną brodawką, obierającym się ze skóry sutkiem, poparzoną skórą od pachy do obojczyka. Nie mogłam znieść swojego odbicia w lustrze. Nie chciałam, tak wyglądać. Radioterapia podobnie jak półpasiec mnie zaskoczyła. Czułam się bezsilna, wykończona, permanentnie zmęczona, miałam słabe wyniki krwi. Myślałam, że będzie łatwiej. Nie było. Ciało ma nieprawdopodobną moc samo uzdrowienia i regeneracji. Wszystko, czego potrzeba to czas i cierpliwość. Dla mnie wygojenie się piersi po radioterapii to cud.

W prawej piersi miałam guza, a w lewej pękło mi serce. Zaraz po diagnozie, ktoś z kim spotykałam się przez rok, odszedł, bo „czuł się niekomfortowo” w nowej sytuacji. Po prostu zniknął. Mężczyźni często odchodzą, ale cios i ból jest nie do opowiedzenia i nie do zapomnienia. Fizjoterapeutka z mojego szpitala podczas zabiegów oscylacji piersi (mających na celu łagodzenie oparzeń), opowiedziała mi historię młodej kobiety – mamy dwójki małych dzieci, której mąż wyszedł z domu podczas tego, jak ona wymiotowała po chemioterapii i nigdy nie wrócił, bo „nie mógł patrzeć na jej cierpienie”. Ostatnio w internetowym wydaniu „Newsweek’a” czytałam słowa prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza, psychiatry oraz seksuologa  – Znałem mężczyznę, który odszedł od żony – bał się, że go „napromieniuje” („Seks i nowotwór. Jak nie rezygnować z przyjemności mimo choroby”, Krystyna Romanowska, Newsweek). Kwestię człowieczeństwa w każdym z tych przypadków zostawiam bez komentarza.

Bez rodziców i siostry bym tego nie przetrwała. Każdy z nas przechodził moją chorobę na swój sposób, ale mieliśmy siebie i swoją bezgraniczną miłość. Przez leczenie i demony w głowie musiałam przejść sama, ale pomoc, akceptacja, wsparcie oraz obecność osób, które mnie kochają i ani przez moment we mnie nie zwątpiły była bezcenna. Była ze mną najbliższa rodzina, przyjaciele, bliscy, koleżanki i koledzy z pracy. Było setki telefonów i wiadomości, wiele odwiedzin, gestów wsparcia. Tak wiele ludzi trzymało za mnie kciuki i jestem za to ogromnie wdzięczna. Chciałam wrócić do swojej normalności, codzienności, obowiązków i przyjemności. Nie mogłam się doczekać, jak wrócę do pracy, na zumbę, pójdę do teatru, polecę na wakacje. Pragnęłam po prostu żyć, tak jak dawniej. Wiedziałam, że są ludzie i miejsca, które na mnie czekają. Miałam tyle marzeń, emocji do przeżycia, miejsc, które chciałam zobaczyć oraz podróży, w które chce wyruszyć. Wyobrażałam sobie swoje życie po raku. W tamtym czasie oddałabym wszystko, żeby zasnąć i obudzić się, kiedy będzie już „po”.

 

Jak się leczy raka piersi?

Do raka podeszłam zadaniowo. Leczenie jest trudne, wieloetapowe, długie. Rak uczy pokory, cierpliwości, czekania. Czekania na wyniki, na badania, na telefon, że można zaczynać radioterapię, czekania w kolejce na szpitalnym korytarzu. Mój plan leczenia radykalnego wyglądał następująco: operacja – oszczędzająca pierś wraz z procedurą usunięcia wartownika (pierwszy węzeł chłonny), potem radioterapia – 5 tygodni, następnie hormonoterapia – 5 lat. W między czasie rehabilitacja ręki, konsultacja z dietetykiem onkologicznym (w pierwszy dzień po wyjściu ze szpitala przeszłam na dietę ketogeniczną), bezcenne wsparcie psychologa onkologicznego. Miałam szczęście, bo leczyli mnie wspaniale lekarze, a opiekowały się cudowne pielęgniarki i fizjoterapeutki. Ufałam im bezgranicznie.

Odhaczałam małe zwycięstwa, kolejne etapy. Dopiero, jak na papierze zobaczyłam, że moje węzły chłonne są czyste, odetchnęłam i dotarło do mnie, że powrót do zdrowia jest tylko kwestią czasu. W między czasie pojawiały się kryzysy, brak siły, myśli, które torpedowały głowę i rozdzierały serce, bezsenne noce. W trakcie leczenia rzadko płakałam. Każdej nocy dziękowałam Bogu, że o chemioterapii nie wiem nic, a w trakcie radioterapii błagałam, żeby poparzona pierś przestała boleć i skóra wyglądała znów normalnie. Nie mogłam chcieć, żeby było tak, jak „kiedyś”, tylko tak, jak operacji. Kiedyś już nie ma. Moja blizna jest moją historią.

Trzeba mieć wytrwałość i wiarę w siebie. Trzeba wierzyć, że człowiek jest do czegoś zdolny
i osiągnąć to za wszelką cenę –
te słowa Marii Skłodowskiej-Curie były moją mantrą. Miałam wytrwałość, miałam wiarę i jeden cel – pokonać raka piersi za wszelką cenę najszybciej, jak to możliwe.

Pod koniec marca skończyłam radioterapię. Po ostatnim naświetlaniu płakałam ze szczęścia, że to już „jakby” koniec. Z powodu odczynu popromiennego chodziłam jeszcze codziennie do szpitala na zabiegi oscylacji piersi przez dwa tygodnie.

W kwietniu po pierwszej kontroli po radioterapii poczułam, że jestem zdrowa. Że „mój epizod” z rakiem się kończy. Czułam, że z każdym dniem nabieram sił, a onkologia przestaje być „moim miejscem”. Następna kontrola za 3 miesiące. Wciąż próbuję poukładać sobie to wszystko
w głowie, ale już nie budzę się nocami. W maju poczułam, że moje życie powoli wraca do normalności.

Jestem w trakcie zaplanowanej na 5 lat hormonoterapii (w przypadku raka hormonozależnego całkowita blokada hormonalna – tabletki i zastrzyki mające na celu blokowanie receptorów hormonalnych w komórkach oraz hamowanie czynności jajników – jest najskuteczniejszym sposobem leczenia). Doskwierają mi objawy menopauzy. Mam wrażenie, że życie śmieje mi się prosto w twarz – pisałam dla portalu menopauza.pl o tym, jak sobie z nimi radzić, a teraz sama, jako 30-latka doświadczam uderzeń gorąca i zimnych potów, także solidaryzuje się z Wami Drogie Czytelniczki.

 

Może Pani wygrać życie

Dziele się swoją historią, aby zwiększyć świadomość zwłaszcza młodych kobiet. Raka boimy się wszyscy, ale nikt nie zakłada, że może na niego zachorować. W moim przypadku to zdarzyło się zdecydowanie za szybko. Właściwie wszędzie, gdzie pojawiłam się podczas leczenia byłam najmłodsza. Według statystyk chorują najczęściej kobiety po 50-tce. Tak również skierowane są badania profilaktyczne w naszym kraju – W Europie zaleca się objęcie badaniami profilaktycznymi mammograficznymi kobiet w wieku 50-69 lat i wykonywanie badania co 2-3 lata. Nie uzasadnione jest wykonywanie badania u młodszych kobiet w związku z rzadszym występowaniem raka oraz mniejszą czytelnością mammografii ze względu na budowę gruczołu piersiowego w tej grupie wiekowej – czytamy na stronie onkologia.org.pl/rak-piersi-kobiet.  Lekarze podczas wizyt na NFZ rzadko robią młodym kobietom USG piersi. Kobiety, które znam – te wszystkie świadome siebie, wykształcone, piękne, osiągające sukcesy z dużych miast nie potrafią zrobić samobadania piersi. Mamy czas na rozwijanie kariery, trening na siłowni, sobotniego drinka i randkę z tindera. Coroczna wizyta kontrolna u ginekologa z obowiązkowym USG piersi powinna być wpisana w kalendarz każdej kobiety.

Im mniejszy rak, tym lepsze rokowania. Jest takie sformułowanie, że każdy rak miał kiedyś 1 cm. – powiedział prof. dr hab. n. med. Wojciech Polkowski dla portalu „Wirtualna Polska”. Powtarzane słowa, że lepiej zapobiegać niż leczyć są kluczowe. W całym tym nieszczęściu, jestem szczęśliwa, że guza znalazłam sobie sama w momencie, kiedy na nic nie było za późno – miał tylko centymetr, był inwazyjny o drugim stopniu złośliwości (w 3 stopniowej skali), ale był w pierwszym stadium zaawansowania choroby. Już go nie ma i z całego serca wierzę, że nigdy nie wróci.

 

Różowa teczka

Po mojej diagnozie wiele moich koleżanek poszło do ginekologa, zrobiło sobie USG piersi. Jeśli moja historia zwiększy świadomość chociaż jednej osoby, będę szczęśliwa. Nie zastanawiam się nad sensem ciężkiej drogi, którą przeszłam. Zrobiłam porządek w mojej różowej teczce, którą dostałam wraz z diagnozą na onkologii. Wszystkie książki, które przeczytałam na temat raka poukładałam równo w biblioteczce i już do nich nie wracam. Zmieniłam się, zweryfikowałam piramidę swoich priorytetów, bardziej doceniam spokój, który zbudowałam w sobie. Jest takie chińskie przysłowie – Masz dwa życie. Drugie zaczyna się, jak uświadomisz sobie, że żyje się tylko raz…Wygrane życie po raku nabiera innego wymiaru.  Kiedy było już po wszystkim, moja wspaniała psycholog onkologiczna powiedziała mi – „Zuzia, napisz na swojej lodówce – jestem z siebie dumna”. Napisałam. Szanuję i dziękuję za każdą sekundę życia. Mam zdrowie. MAM WSZYSTKO.

Jeżeli Ty lub ktoś Ci bliski choruje, zapraszam do kontaktu. Jeśli mogłabym pomóc chociaż jednej osobie, która przechodzi przez to, co ja mam już za sobą, będę szczęśliwa. Raka musisz pokonać SAMA, ale czasem rozmowa z osobą, która rozumie, co do niej mówisz – może być po prostu wartościowa.

Zuzanna Górka

Dodaj komentarz