Eurowizja 2017 Styl życia

Eurowizja 2017 – czarna lista rosyjskich artystów, których nie wpuści Ukraina

czarna lista rosyjskich artystów

Konflikt na wschodzie Ukrainy wciąż pozostaje niezażegnany. Każdego dnia po obu stronach działań wojennych giną ludzie. Trudna sytuacja polityczna coraz częściej znajduje odzwierciedlenie w działaniach niezwiązanych z konfliktem zbrojnym. Eurowizja 2017 za sprawą zwycięstwa Jamali z utworem 1944 odbędzie się na Ukrainie, a dokładnie  rzecz ujmując,  w Kijowie.   Choć finał konkursu odbędzie się równo za 5 miesięcy, już teraz pojawiają się deklaracje, że niektórzy rosyjscy artyści mogą mieć problem z wjazdem na teren Ukrainy. Wicepremier Ukrainy, Wiaczesław Kryryłenko, na antenie państwowej rozgłośni Ukrainske Radio ogłosił, że rosyjscy artyści z czarnej listy nie będą mieli prawa do reprezentowania swojego kraju na Eurowizji 2017. Finał imprezy zaplanowano na 13 maja.

Czarna lista rosyjskich artystów na chwilę obecną obejmuje 80 nazwisk, znajdują się na niej zarówno piosenkarze, jak i aktorzy czy pisarze, którzy otwarcie poparli aneksję Krymu. Co ciekawe, choć wiele osób chętnie wspiera politykę swojego państwa, dając koncerty na terenach okupowanego Krymu i Donbasu, to tegoroczny reprezentant Rosji na Eurowizji, Sergey Lazarev, otwarcie sprzeciwił się zbrojnej napaści na bratni naród. Swój brak aprobaty wyraził także współautor utworu You are the only one, który przypomnijmy, zajął pierwsze miejsce w televotingu. Philipp Kirkorov jest wielkim przyjacielem Ukrainy i marzy o tym, aby pomiędzy bratnimi narodami zapanował w końcu pokój.

Czarna lista rosyjskich artystów – kto znajduje się na niej?

Czarna lista rosyjskich artystów obejmuje między innymi Gerarda Depardieu, francuskiego aktora znanego z roli z filmów o Asterixie i Obelixie, Grigorija Lepsa,  Walerię (Ałłę Juriewną Perfiłową), Olega Gazmanowa, Josifa Kobzona, Nikołaja Rastorgujewa. Istnieje spore ryzyko, że Rosja będzie chciała dać pstryczka w nos Ukrainie i specjalnie wyśle do Kijowa artystę objętego zakazem wjazdu. To niewątpliwie sprowokuje ogromny konflikt. EBU, czyli Europejska Unia Nadawców, znajdzie się w trudnej sytuacji. Z jednej strony każdy artysta powinien móc reprezentować swój kraj, nie należy tego nikomu uniemożliwiać, chyba że piosenka łamie regulamin – np. porusza tematykę polityczną. Z drugiej sytuacja na Ukrainie jest naprawdę ciężka i władze tego kraju mają prawo zakazać wjazdu osobom, które postrzegają jako swoich wrogów.  Dla EBU najlepiej byłoby, gdyby Rosjanie postawili na artystę spoza czarnej listy, np. zachęcili do powrotu Sergeya Lazareva lub Dimę Bilana, który w 2008 roku sięgnął po Grand Prix konkursu. 

Niewykluczone jednak, że Rosja postawi Europejską Unię Nadawców pod ścianą i zmusi ją do podjęcia niełatwej decyzji.  Tym samym ukaże Ukrainę jako kraj bojący się rosyjskich artystów, nieskory do zgody i chcący wpływać na przebieg konkursu.  Fani Eurowizji uważają, że Rosja może w 2017 roku wysłać do Kijowa Grigorija Lepsa. Jest to powszechnie szanowany artysta mający na swoim koncie wiele przebojów utrzymanych w klimacie klasycznego rocka. Grigorij Leps nagrywa także piosenki mające charakter modlitwy.  O ile jego zachowanie może budzić wątpliwości – poparcie dla aneksji Krymu, podejrzenia o powiązania z organizacją przestępczą (więcej na ten temat można przeczytać na portalu treasure.gov), o tyle repertuar ma naprawdę przyzwoity.

 


Rosja – czy wystąpi na Eurowizji 2017?

Do niedawna spekulowano, czy Eurowizja 2017 w ogóle leży w obrębie zainteresowań Rosji. Kraj ten ze względu na różnicę głosów między televotingiem a komisjami jurorskimi musiał zadowolić się 3. pozycją, choć Sergey Lazarev był zdecydowanym faworytem europejskiej publiczności.  Od tej pory oficjalny przekaz brzmiał – czy warto jechać na Eurowizję na Ukrainę, skoro jurorzy zrobią wszystko, aby Rosja nie sięgnęła po Grand Prix?  Wszystko wskazuje jednak na to, że naszych wschodnich sąsiadów w 2017 roku nie zabraknie w stawce konkursu. Rosja wstępnie potwierdziła  swój udział na Eurowizji.  Wprawdzie do połowy marca może się jeszcze wycofać, nie ponosząc konsekwencji  finansowych, ale to raczej nie nastąpi. Rosja jest jednym z nielicznych państw, które od czasu wprowadzenia półfinałów zawsze awansują do finału Eurowizji.  Piosenki reprezentujące naszych wschodnich sąsiadów zawsze znajdują się na wysokim poziomie i są typowane przez bukmacherów do zwycięstwa.

Przygotowania do Eurowizji 2017

Wybór miasta-organizatora przyszłorocznej Eurowizji trwał na Ukrainie dobrych kilka miesięcy. Na portalach nieustannie pojawiały się sensacyjne doniesienia. Odpowiedzialność za zaistniały stan rzeczy w dużej mierze spoczywa na barkach samych Ukraińców. Ci, aby przez moment zabłysnąć i ogrzać się w cieple mediów, dzielili się swoimi przemyśleniami. Nieustannie też wskazywali ostateczny termin ogłoszenia miasta-organizatora, który okazywał się nietrafiony. W rezultacie zapanował chaos. Pojawiły się nawet głosy, że Ukraina może nie zdążyć z organizacją Eurowizji 2017.  Kraj ten dysponuje bowiem tylko jednym zadaszonym obiektem spełniającym wymagania EBU.

Choć od pewnego czasu wiemy, że przyszłoroczny konkurs zorganizuje Kijów i zostanie on przeprowadzony w hali EXPO, to przygotowania do konkursu wciąż się opóźniają. Obiekt, choć spełnia większość warunków EBU, musi zostać dostosowany do Eurowizji. Prace te wymagają czasu i niemałych nakładów finansowych.  Pomimo iż mamy już koniec roku, nie jest jeszcze znane oficjalne hasło Eurowizji 2017 ani jej logo. W skrajnym przypadku, jeśli przygotowania będą się przeciągać w nieskończoność, EBU może przenieść konkurs do innego europejskiego kraju.  Wbrew pogłoskom niekoniecznie musi to być Rosja. Prawdopodobnie, gdyby Ukraina nie mogła zorganizować przyszłorocznej Eurowizji, ten honor zostanie przekazany którejś z zachodnich stolic. Na razie EBU potwierdziła, że pomimo opóźnień Eurowizja 2017 odbędzie się w Kijowie.

 

Irmina Cieślik

Komentarze

Goplana

3 lata temu

Trudno dziwić się Ukrainie, że wprowadziła czarną listę artystów. Mam jednak nadzieję, że Rosja nie wyśle nikogo z tych zakazanych artystów, bo będzie kolejna afera.

Zostaw komentarz